KRONIKA SZPITALA pw. św. Elżbiety w Tucznie
Codzienne zapisy jednej z Sióstr. (tłum. z j. niemieckiego)


24 I 1945 r.
Wczesną godziną – 6 rano wyszło rozporządzenie do ucieczki – opuszczenia miasta. O godz. 7 rano w szpitalu św. Elżbiety została odprawiona Msza Święta a o godz. 9 w kościele parafialnym. Po Mszy Świętej podano do wiadomości, że zbiórka mieszkańców ma być w sali gimnastycznej. Nasi chorzy z oddziału płucnego też chcą odjechać, na co lekarz się nie zgodził. Wielki niepokój panuje w naszym domu i mieście. Nikt nie wie, co może się stać. My – Siostry postanowiłyśmy nie uciekać, tylko pozostać w domu.

 

25 I  1945 r. W nocy przychodzi polecenie do wyjazdu. Panuje wielka niecierpliwość w Tucznie. Na rynku ustawiły się wozy z uciekinierami. Wiele było łez i płacz dzieci. Niektórzy nasi pacjenci też dzisiaj opuszczają Tuczno. Jest bardzo zimno, zawierucha śnieżna.

 

26 I 1945 r.  Następni pacjenci upuszczają szpital.

 

28 I 1945 r. Wieczorem otrzymałyśmy rozkaz opuszczenia szpitala. Chorzy i pracownicy mają o godzinie 11.30 stawić się na dworcu kolejowym.
W nocy następna część chorych opuszcza szpital. Tęsknota, cisza, żal udziela się wszystkim. Kilka sióstr zostało przydzielonych do transportu. Postanowiłyśmy wszystkie pozostać razem i nie opuszczać szpitala.

 

30 I 1945 r. Słychać strzały. Do szpitala przynoszą rannych. Wszyscy, razem z ciężko chorymi, przenieśliśmy się do piwnicy. W piwnicy też nocujemy.

 

31 I 1945 r. Dalsi ranni zostają naszymi pacjentami, ale nasi uciekinierzy i pacjenci czekają ciągle na dworcu w Tucznie. Czekają na transport. Dostarczamy im ciepłe jedzenie – zupę, mleko, chleb i inną żywność. Dostarczone to zostało w 3 dni od wyjścia.

 

1 i 2 II 1945 r. Przez cały dzień przywożeni byli ranni. Ponad 200 żołnierzy było operowanych i opatrzonych. Ksiądz Pickemeier udziela rannym Sakramentu chorych. Nasi ostatni pacjenci są już odebrani i będą przewiezieni do Demnin na Pomorzu. Od czasu do czasu padają strzały. 

 

3 II 1945 r. W mieście i w domu jest bardzo niespokojnie. Ranni są ciągle przewożeni. W żywność zaopatrujemy się w miejskich restauracjach,
bo w sklepach już nie można nic kupić.

 

4 II 1945 r. Lekarz prowadzący ostatni raz odwiedza nasz dom, dzisiaj wyjeżdża wraz ze swoją asystentką i zabiera ze sobą kilku chorych. Po obiedzie o godzinie 15 ks. Pickmeier odprawia Mszę Świętą i zobowiązał Siostrę Przełożoną, w razie konieczności rozdzielić Komunię Świętą. Całe poobiedzie pakujemy nasze rzeczy do piwnicy. Na dworze już są strzały i nie możemy wychodzić. Najświętszy Sakrament zanosimy do pokoju gościnnego, który znajduje się w środku domu. Modlimy się. Cały dzień strzelanina. Czujemy, ze ta krwawa wojna zbliży się ku nam.

 

5 II 1945 r. Strzelanina potęguje się, nawet nasz szpital znajduje się pod ostrzałem. Siostra Przełożona rozdziela Komunię Świętą – boimy się,
że nasz dom może stać się ofiarą wojny. Noc jest bardzo niespokojna. Most zostaje wysadzony w powietrze.

 

6 II 1945 r. Pierwszy pożar w Tucznie na posesji Sztorch (Bocian). Nowe niepokoje w naszym domu. 50. mieszkańców Tuczna szuka u nas
schronienia, oni byli zobowiązani opuścić miasto, ale nie uciekli. Ksiądz Pickmeier udziela Najświętszego Sakramentu. Tej nocy śpimy bez zakłóceń
w piwnicy.

 

8 II 1945 r. Nasz szpital jest bardzo ostrzeliwany i uszkodzony. Po obiedzie przenosimy Najświętszy Sakrament do piwnicy. Przy nas zmarła pani Kasper. Całą noc czuwamy przy Najświętszym Sakramencie. Na dworze toczą się ciężkie walki.

 

9 II 1945 r. Szczyty są zniszczone przez odłamki i kule. Dach jest uszkodzony. My ciągle czuwamy przy Najświętszym Sakramencie. W Tucznie toczą się ciężkie walki.

 

10 II 1945 r. Pomimo walk i strzałów Siostry pochowały panią Kasper na cmentarzu. Wieczorem ksiądz Pickmeier odprawia Mszę Świętą – ostatnią przed wkroczeniem wojsk rosyjskich. Umiera pani Fuchs. Ostatni żołnierze niemieccy opuszczają Tuczno. Wszyscy razem z mieszkańcami Tuczna odprawiamy nocne modlitwy.

 

11 II 1945 r. Poległych żołnierzy i panią Fuchs pochowałyśmy w naszym ogrodzie, bo nie odważyłyśmy się wy-chodzić do miasta. W obiad o godzinie 13 wkroczyły pierwsze wojska rosyjskie do Tuczna. Przyszli także do naszego szpitala, ale nikomu nic złego się nie stało. O godzinie 16 przyszła nowa grupa żołnierzy rosyjskich. Cały dom był przeszukiwany aż do następnego rana. My 15 Sióstr, kilku pracowników oraz kilku ludzi z miasta, skupieni razem modliliśmy się. Wszystkie dziewczyny zostały wyprowadzone i wywleczone na dwór. Wiele łez i strachu przeżywamy w tym dniu. Prócz uderzeń kolbami, my Siostry, dzięki Bożej pomocy ustrzegłyśmy się od nieszczęścia. Ze ściany w pokoju obraz Matki Bożej, szorstką ręką został zdjęty i rzucony o podłogę i rozbił się. Podeptano też święte rzeczy. Inny żołnierz dobrał się do Najświętszego Sakramentu i w tym momencie Siostra Przełożona wyrwała mu Hostie i sama je spożyła. Przez okno świeci całą noc czerwone światło płonącego miasta. Bardzo przykry widok.

 

12 II 1945 r. Nasz dom był wiele razy od strychu do piwnicy kontrolowany, wszystkie pokoje, szafy stoją otwarte. Widok w naszym domu jest straszny.

 

13 II 1945 r. Dzisiaj mamy za sobą bardzo niespokojną noc. Jesteśmy bardzo zmęczone. Spałyśmy na krzesłach, albo leżąc na podłodze. Rano ugotowałyśmy sobie kawę i skromny posiłek. Bez przerwy mieliśmy nowych żołnierzy, którzy wciąż na nowo przeszukiwali nasz dom. Podczas tej kontroli siostry musiały z nimi chodzić, po trzy i cztery siostry. To było wieczne chodzenie to w górę, to w dół.

 

14 II 1945 r. Ta noc też była niespokojna. Nasi ,,goście’’ żądali byśmy im gotowały jedzenie. Tej nocy miasto bardzo ucierpiało. Dom za domem
się palił. Słychać było krzyki i warkot samochodów, przerywane bombardowaniem i wysadzaniem w powietrze. Ogień coraz bardziej posuwał się w naszym kierunku i w płomieniach stanęła sala gimnastyczna. Że strachu że ogień może przenieść się na nasz dom, wynosimy z piwnicy naczynia liturgiczne i sprzęty liturgiczne, zakopujemy w ogrodzie. Przyświecał nam płomień ognia palącego się domu w sąsiedztwie. Przygotowałyśmy się do ewakuacji. Wiele godzin spędziłyśmy w rowach wcześniej przygotowanych, naprzeciw naszego domu. Wreszcie nadszedł poranek i wróciłyśmy do domu. Z miasta przyszli biedni ludzie, którym się wszystko spaliło. Szukali u nas pomocy. Wieczorem na portierni siedziały 3 siostry, 2 siostry otwierały tym, którzy przechodzili a jedna informowała, kto idzie.

 

15 II 1945 r. Dzień i noc również niespokojna. Zgasło elektryczne światło. Miałyśmy na korytarzach ustawione lampy naftowe. Nasi "goście" – żołnierze rosyjscy potłukli cylindry z tych lamp, a potem z tymi lampami lub ze świecami biegali po całym domu. W tym dniu zabrano nam wszystkie zegary, a także i nasze obrączki.

 

16 II 1945 r. Około godziny 11. zajechały pod dom samochody ciężarowe, byłyśmy bardzo wystraszone, że będą nas wywozić. Okazało się, że zostali przysłani od komendanta z Człopy (była z nimi jedna kobieta). Zabrali wszystko, co się dało i wywieźli. Około godziny 18. te same samochody znowu nadjechały i ci sami pasażerowie zażądali kolację i Siostry musiały z nimi zjeść, a potem zażądali napoje a następnie, żeby Siostry do nich przyszły. Wtedy wszystkie Siostry ustawiły się na korytarzu i zrobiłyśmy łańcuch, trzymając się za ręce. Żołnierze grozili nam, że nas rozstrzelają. Przystawili nam pistolety do piersi. Byłyśmy gotowe na śmierć. Trwało to od godziny pierwszej w nocy do samego rana. Były z nami dziewczyny, żołnierze wyciągali je na dwór, aby je zgwałcić i niejedna matka musiała patrzeć na swoją córkę. Nasz strach był nie do opisania.

 

17 II 1945 r. Po obiedzie, około godziny 16. przyjechali ci sami żołnierze z Człopy. Tym razem zażądali, aby Siostra Przełożona z nimi udała się do Człopy, odebrać jakiś dokument do szpitala. Nie puściłyśmy Siostry Przełożonej z nimi, a zawdzięczamy to naszej gorącej modlitwie, że oni wyjechali i więcej nie wrócili.

 

18 II 1945 r. Nasi "goście" znowu się pojawili. Jesteśmy już przyzwyczajone do ciągłej kontroli w naszym domu.

 

19 II 1945 r. Cały dzień i noc przewracali wszystko w domu. Po obiedzie nadeszła cała kolumna żołnierzy, aby przenocować. Do 11.30 w nocy jedli, pili i hałasowali w kuchni i piwnicy. Nasze dziewczyny i Siostry byłyśmy ciągle zaczepiane przez żołnierzy. Wreszcie schowałyśmy się do pokoju rentgenowskiego i tam było bardzo ciasno i ciemno. Stałyśmy tak razem aż do 5. rano i nikt tam nas nie znalazł. Dostałyśmy wiadomość od jednej dziewczyny, że w stosunku do nas Sióstr, żołnierze mają złe zamiary. Uciekłyśmy tak jak stałyśmy do lasu. Rano było jeszcze ciemno i po 50 krokach wszystkie się pogubiłyśmy. Nasze poprzednie zamiary: gdybyśmy musiały uciekać, miały cel, spotkać się w Lubsdorf – Lubieszy (7 km). Po 5. godzinach spotkałyśmy się w Lubieszy. Pięć Sióstr i cztery dziewczyny.

   Dowiedziałyśmy się od jednej pani, że ks. Pickmeier odprawia w tej chwili Mszę Świętą. Szłyśmy zaraz do kościoła, w białych, szarych i niebieskich fartuchach. Przystąpiłyśmy do Komunii Świętej – 36 godzin nic nie jadłyśmy. Po Mszy Świętej dobre rodziny zaprosiły nas i dały nam jeść. Potem ksiądz Pickmeier zawiózł nas do Brunk - (Bronikowo), gdzie stacjonowało polskie wojsko. Komendant zaprowadził nas do pokoju i obiecał opiekę nad nami i obietnicy dotrzymał. Nasza radość była wielka, gdy te zaginione Siostry do nas dołączyły. One też się martwiły o nas. Teraz byłyśmy tak biedne jak św. Franciszek i św. Elżbieta. Bardzo Bogu dziękowałyśmy, że pomimo różnych niebezpieczeństw, Bóg obronił naszą godność.

   W tych dniach otrzymałyśmy żywność i mogłyśmy sobie gotować jedzenie. Do Konigsgnade (Jamienko) mogłyśmy same chodzić, gdzie spotka-łyśmy ludzi z Tuczna. Nasze myśli ciągle wracały do domu w Tucznie, i chętnie byśmy tam poszły. I wreszcie 24 lutego mogłyśmy: S. Bernardina,
S. Blandina, S. Michaela i S. Magdalena wyjść na drogę w kierunku Marcinkowic (Marzdorf) z błogosławieństwem Ks. Picmeiera, szliśmy (w kierunku) dalej na skrzyżowanie Zdbowo – Tuczno. Mijali nas żołnierze, samochody, wozy konne. Byłyśmy zatrzymywane do sprawdzenia dowodów osobistych. Po wielu trudnościach pozwolono nam iść dalej. Teraz nie szłyśmy już szosą. Tylko w poprzek przez pola, po kolana wpadałyśmy w ziemię, za nami strzelali. I znowu zatrzymało nas 3 żołnierzy i musiałyśmy pokazać dowody. Po sprawdzeniu mogłyśmy iść dalej. I tak zauważyłyśmy Tuczno przed nami. Z ruin było widać wieże kościoła parafialnego. Po polach biegało bydło, a wokoło na szosach, w ogrodach wielu zabitych. Udałyśmy się do komendantury i prosiłyśmy o pozwolenie i ochronę, żeby dostać się do naszego domu, bo bałyśmy się, że tam mógł być ktoś zakwaterowany. Ale nas nikt nie zrozumiał, dlatego szłyśmy do klasztoru, domu starców naszych Sióstr i zauważyłyśmy, że dom starców też był wypalony. Siostry mieszkały w dawnym przedszkolu. Tym biednym Siostrom nie powodziło się dobrze. Większość z nich musiała założyć cywilne ubrania. 2/3 miasta jest zniszczone. W dalszym ciągu próbujemy dostać się do domu. Poszło z nami dwóch żołnierzy rosyjskich i jeden żołnierz niemiecki. W naszym domu wolno było nam tylko 15 minut się zatrzymać. Miałyśmy wcześniej spakowany pakunek, w którym były nasze rzeczy. Szybko to zabrałyśmy a na schodach z przeciwka szli żołnierze rosyjscy i jeden miał na głowie welon sióstr – poprosiłyśmy by nam go oddał i oddał. Dom nie był zupełnie zniszczony, wewnątrz wyglądał strasznie. Zapakowałyśmy nasz pakunek na wózek.

   Przy szarzejącym się dniu wyruszyłyśmy w kierunku (Brunk) Bronikowa. Po jakimś czasie zostałyśmy zatrzymane przez rosyjskiego żołnierza, który zażądał, aby 3 siostry stawiły się u Komendanta, który niby mieszkał w domu Boese. Żołnierz ten zaprowadził tam siostry i okazało się, że było tak około 15 żołnierzy, którzy chcieli gwałtownie wciągnąć siostry do środka. Szczęśliwym trafem zostały uwolnione, ponieważ jedna z Sióstr zdążyła zawiadomić prawdziwego komendanta i otrzymałyśmy jednego żołnierza do ochrony i bezpiecznie opuściłyśmy miasto.

   On przekazał nas innemu koledze, który okazał się po jakimś czasie, jako niedobry ochroniarz – i chciał nas zaprowadzić do lasu. Po pokonaniu strachu i wielkiego lęku o godzinie 7. wieczorem dotarłyśmy do Lubieszy, gdzie u rodziny Szulc mogłyśmy przenocować. Jakże byłyśmy wdzięczne tej rodzinie! W następnym dniu bardzo wcześnie rano ruszyłyśmy w dalszą drogę, przez Marcinkowice. Miałyśmy wiele trudności, bo Niemcy spuszczali duże drzewa na drogę. Musiałyśmy iść polami i rowami. Bardzo ciężko nam to szło, bo dwie Siostry musiały pro-wadzić S. Miachaelę, ponieważ była bardzo przemęczona. I tak po wielkim trudzie dotarłyśmy do celu – do Brunk – Bronikowa.

 

26 II 1945 r. Dzisiaj jadą polscy żołnierze samochodem do szpitala po konserwy i łóżka dla nas. My zabieramy też się z nimi do szpitala.

 

27 II 1945 r. Dzisiaj pozwolono nam zająć dwa pokoje. Tak znalazłyśmy znowu dom. Wyczyściłyśmy nasze ubrania i próbujemy zrobić porządek
w naszych rzeczach. Na Mszę Świętą idziemy dzisiaj do Marcinkowic i tam przedłożyłyśmy nasz plan, żeby dostać się do Sióstr w Bydgoszczy, ponieważ nam tu powiedziano, że nie możemy dłużej zostać w Bronikowie.

 

4 III 1945 r. Opuściło nas polskie wojsko, pod których opieką dotychczas byłyśmy.

 

 

10 III 1945 r. Otrzymałyśmy polecenie opuścić Bronikowo. Zaprosił nas ksiądz Pickemeier i udałyśmy się do Marcinkowic i zamieszkałyśmy na plebanii.

 

12 III 1945 r. Pięć Sióstr udało się dzisiaj do Tuczna, aby zobaczyć, jak wygląda sprawa w naszym domu.

 

15 III 1945 r. Pięć sióstr wróciło z Tuczna i powiadomiły nas, że na życzenie komendantury wszystkie Siostry mają powrócić do szpitala.

 

16 III 1945 r. Dzisiaj rano S. Zita, S. Angelina i S. Magdalena udają się do Wałcza. Po drodze natrafiamy na tę samą drogę, którą uciekałyśmy wcześniej, ze szpitala. Leżało tam jeszcze wiele trupów - żołnierzy, bydła i zwierząt domowych na tym samym miejscu. Szłyśmy przez las do Strączna. W Strącznie były tylko dwie rodziny niemieckie, które nie zdążyły uciec i musiały wrócić. Kościół w Strącznie otrzymał kilka pocisków i był bardzo zniszczony. Naokoło kościoła leżało dużo rzeczy kościelnych – zniszczonych. Znalazłyśmy tam jeden ornat i zabrałyśmy go do Wałcza. Przed Wałczem leżało bardzo dużo zabitych koni, bydła i dużo rupieci z rozbitków. Do Wałcza doszłyśmy po 5 godzinach.

 

17 III 1945 r. Msza Święta była odprawiana w zakrystii, ponieważ kaplica była znacznie uszkodzona. We Mszy Świętej uczestniczyło 8 osób. Wszyscy mieliśmy takie uczucie, jakbyśmy się znajdowali w katakumbach. Cały dzień Siostry były zajęte dowiadywaniem się, czy będzie pociąg przez Piłę do Bydgoszczy. Niestety wszelkie starania były nieskuteczne. W nocy usłyszałyśmy głośnie dobijanie się do drzwi – to byli żołnierze. Wyważyli drzwi i żądali kolacji i noclegu. Na drugi dzień jeden żołnierz pochodzący ze Śląska, samochodem zabrał Siostry do Mirosławca. Po trzech godzinach jazdy ukryci pod plandeką, znaleźliśmy się w Marcinkowicach.

 

20 III 1945 r. Dzisiaj pakujemy nasze rzeczy na wózek.

 

21.III.1945 r. Dzisiaj wyruszamy w podróż do naszej starej ojczyzny, z powrotem. W Lubieszy wysłuchałyśmy Mszy Świętej i udajemy się do starego zamieszkania. Około południa doszłyśmy do Tuczna. Refektarz i pół kory-tarza i kuchnię Siostry już oczyściły, ale jeszcze wszystko wyglądało okropnie. Znalazłyśmy jeszcze 15 łóżek i 1 krzesło. Większość naszych rzeczy było w szkołach i prywatnych domach. Otrzymałyśmy od komendanta zezwolenie, aby nasze meble i wszystkie rzeczy sprowadzić do domu. Dostałyśmy też konia, żeby przywieźć nasze rzeczy z Bronikowa i Marcinkowic.

 

23 III 1945 r. Dzisiaj wprowadza się do naszego domu doktor Frydrychowicz z całą rodziną, dlatego, że jego mieszkanie zostało zniszczone. Siostra Przełożona przychyliła się do jego prośby i przyjęła pod dach jego rodzinę.

<<<<<